Posted in
Historia on Luty 12th, 2009 by admin —
Komentarze są wyłączone
Poniższy tekst pochodzi z książki
Leona Karłowicza „Nie zawiedli” Polihymnia Lublin 2000
Klasa, w której uczył się Marian Smyk, przybyła do Liceum w Pszczelej Woli we wrześniu 1948 r. Moment ten z całą odpowiedzialnością można uznać za przełomowy w życiu szkoły. Liceum, którego losy ważyły się dotąd i nie było żadnej pewności, czy zdoła się utrzymać, czy nie ulegnie likwidacji z powodu braku naboru nowych uczniów, teraz owych obaw pozbyło się całkowicie. Nowa klasa liczyła znacznie więcej osób niż poprzednio cała szkoła. Zaczęło się nowe życie, w starym … dworku.
Przede wszystkim wytworzyła się niemożliwa ciasnota. Zabrakło miejsc w internacie. Trzeba było natychmiast porządkować pomieszczenia stojące dotąd bezużytecznie w pobliżu stodół za pasieczyskiem obok sadu, zapełnione śmieciami, trocinami i Bóg wie czym jeszcze. Zaczęto tam umieszczać przybyłych nowych uczniów. Dawną sypialnię męską w dworku (zwanym wtedy pałacem), mogącą pomieścić kilkanaście osób (obecna Izba pamiątek, środkowa) teraz należało zamienić na klasę. Była najobszerniejsza w całym budynku, a kandydatów do nauki przyjechało niemal 40. Ruch więc był na terenie ośrodka niesamowity. Pracowali sami uczniowie, przygotowując dla siebie przyszłe pomieszczenia. Ale serce rosło, gdy patrzyło się na energię nowo przybyłych, ich zaradność, gotowość do wszelkich wysiłków. Przygotowywali przecież sale sypialniane dla siebie, dla własnych potrzeb i przyszłej własnej nauki. Nic też dziwnego, że tylko pół dnia trwała intensywna praca. Po południu wszystko było skończone i można było przystąpić do inauguracji nowego roku szkolnego.
Marian w pierwszych dniach i tygodniach nie wyróżniał się w swej klasie ani in plus, ani in minus. Był skupiony, słuchał uważnie lekcji, zapytany odpowiadał logicznie, choć nie rewelacyjnie. Lecz w miarę upływu czasu zaczął „wypływać” na powierzchnię i wkrótce znalazł się w grupie przodujących uczniów. Zawsze spokojny, pogodny, wesoły cieszył się sympatią współuczniów, jak również nauczycieli. Pracował systematycznie, co gwarantowało mu pewne zdanie egzaminu dojrzałości. A należy wiedzieć, że egzaminy w tamtych latach różniły się zasadniczo od obecnych. Abiturient musiał „rozliczyć się” z każdego przedmiotu poza wychowaniem fizycznym i przysposobieniem wojskowym. Nie było to wcale rzeczą łatwą. Egzaminy trwały kilka dni. Codziennie „zaliczano”, choć tego terminu nikt jeszcze wtedy nie używał, kilka przedmiotów, następnego dnia dalsze i tak aż do końca.
Marian, jak przewidywano, nie miał trudności z maturą. Przeszedł przez nią spokojnie, jak zresztą i przez całe Liceum. Teraz dopiero zaczynały się kłopoty: wybór kierunku studiów, egzaminy wstępne na wyższą uczelnię. Poza tym obowiązywały wtedy nakazy pracy i to trzyletnie, od których zwolnienie wymagało wielu starań. Tylko t.zw. „przodownicy nauki i pracy społecznej” mogli od razu iść na studia uniwersyteckie. Jak Marian uwolnił się od nakazu, jemu tylko wiadomo. Dość, że już od początku roku akademickiego 1950/51 rozpoczął studia w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Katowicach na Wydziale Matematyki, Fizyki i Chemii. Po trzech latach otrzymał dyplom ukończenia studiów I stopnia.